OIOM DZIECIĘCYOboje włożyliśmy ręce przez otwory czyściutkiej pokrywy. Paulina subtelnie głaskała twarz Ani, a ja chwyciłem jej drobniutką rączkę. Aż trudno uwierzyć, że można doświadczyć w życiu głębszego poczucia delikatności i kruchości. Niewinność i czystość tej małej istoty mogłaby skruszyć kamienne serca najpotężniejszych tyranów.
Zetknięcie się z tą kwintesencją zależności od innych, ale też niezaprzeczalną, lecz niewypowiadaną potrzebą przyjęcia pomocy od świata zewnętrznego, budziło najbardziej humanitarne odruchy.
Nie da się nie być odmienionym przez tak potężne doznanie płynące z tak wątłej, łagodnej i słabej drobinki. To jak wielki wybuch, który z nicości tworzy potężny, nieopisywalny wszechświat.

ZE WSTĘPURzetelna, obiektywna i trafna ocena obserwowanych przeze mnie przyczyn zachowań i zjawisk, a przede wszystkim ludzi, którzy pływają ze mną w tym samym wzburzonym oceanie, nie jest i nigdy nie będzie możliwa.
Przez drobny ułamek sekundy widzimy ponad wzbierającymi falami życia ledwie ukazujące się wierzchołki walczących o przetrwanie głów. Nie mamy nawet cienia szans na odkrycie sił do uzyskania dystansu do samych siebie, ale wciąż uporczywie skupiamy się na innych, bo może oni bardziej toną niż my.
Moje doświadczenia pokazują mi, że istnieje niezwykle skuteczny sposób radzenia sobie z tym, co nas otacza, co nas dotyka, co spędza nam sen z powiek – jest to zaakceptowanie swojej przeszłości, szacunek do siebie i wyrozumiałość w stosunku do własnych czynów.

ŚMIERĆ W LAWINIEChłopaki w dynamicznym rytmie dokonywali stałych zmian. Jeden trzymał nieprzytomną głowę, stabilizując ją w nienaturalnej pozycji, ktoś inny wtłaczał w nią głębokie hausty powietrza, patrząc na martwo poruszającą się siną klatkę, a jeszcze ktoś stabilizował całość, zapierając się kolanami w wyślizganym od stałych ruchów śniegu. Nikt tym nie dyrygował, nikt nie wydawał komend, nikt nie był tam szefem, nikt nie był prowadzącym. Ratownicy pracowali jak niezniszczalna, dobrze zaprogramowana, nowoczesna maszyna – ruch, impuls, zmiana, ruch, impuls, zmiana. Tylko ten dramatyczny obraz okoliczności wokół pokazywał, że nie jest to symulacja ani dobrze prowadzone szkolenie. Miałem wrażenie, że wszędzie dookoła nas świeci pięknie ogrzewające słońce, które swoją ciepłą czerwienią zachęca ludzi do powrotu do domów. Wydawało mi się, że tam po drugiej stronie gór, w Czechach, życie powoli płynie zamykanymi właśnie turystycznymi sklepikami. A tylko tutaj robiło się boleśnie mroźno, wilgotno, ciemno i wietrznie. Śnieg wielkimi płatami przykrywał wszystkim ratownikom przemęczone pracą ramiona. Ciężkie, ołowiane chmury zawisły chyba tylko nad nami. Ułożyły się w kształt kopuły, która powoli przykrywała nas swoim niewyobrażalnym ciężarem. Wyglądało to tak, jakby miało się zawalić na nas niebo. Marmurowe miny skupionych na nieustającej resuscytacji ratowników wskazywały, że rezultat tych działań jest już dawno przesądzony, ale nikt nie będzie zdolny do podjęcia decyzji o zakończeniu tej dramatycznej walki.